Pierwsza stolica

PIERWSZA STOLICA

21-24.05.2019, dzień 209.-212.

Co za zakrętem?

Niewiarygodne, jak zróżnicowana jest Tajlandia. Jeszcze kilka dni temu, na wschodnim wybrzeżu widzieliśmy palmy, jałowe nieużytki zmiksowane z farmami soli i znaczny ruch samochodów, kierujących się w stronę stolicy. Wyjeżdżając z Phitsanulok na zachód, już parę kilometrów za miastem zostajemy otoczeni zielenią pól ryżowych (w których raz za czas taplały się bawoły), względną pustką wokół i drogą płaską aż po horyzont.

Podróżując rowerem, zmiana otoczenia odbywa się wolniej, płynniej, naturalniej, bez narzucania się. Jednak bez odpowiedniego poziomu skupienia, niesie to również ryzyko rozkojarzenia i utraty ostrości spojrzenia. Warto zatem pozostać czujnym obserwatorem, w gotowości na to, co za kolejnym zakrętem.

Spokojnie jadąc przed siebie, po paru dniach w Bangkoku i całodniowej podróży pociągiem, znajome poczucie wolności było stanem mocno wyczekiwanym.

Do pierwszej stolicy

Miejscem, które zdecydowanie warto zobaczyć w Tajlandii jest Sukhothai. Była to stolica pierwszego państwa Tajskiego w latach 1238 – 1448. Aktualnie na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Teren miasta otaczają mury, tworzące prostokąt o wymiarach ok. 1,5 x 2 km, wewnątrz którego znajdują się pozostałości pałacu królewskiego i ponad dwudziestu świątyń. Oczywiście, to nie wszystko, bo tereny wokoło (jakieś 70 km2) skrywają prawie 200 ruin, imponując rozmachem ówczesnych władców.

W Sukhothai bardzo nam się podobało. Pośród oświetlonej Wat Traphang Tong spędziliśmy wieczór, obserwując zbliżającą się burzę, która przyniosła wyczekiwany chłód, co kolejnego dnia pozwoliło na spokojną wizytację w parku historycznym, na którego terenie znajdują się główne atrakcje Sukhothai. Szczególnie podobały nam się Wat Mahathat (imponująca kolumnada dawnego budynku świątyni), Wat Sa Sri oraz Wat Traphang Ngoen (posąg buddy na tle stupy) oraz Wat Si Sawai (piękne rzeźbienia na budynku świątynnym).

Całe miejsce budzi podziw i imponuje skalą i rozmachem. W powietrzu aż czuć ducha historii, który zabiera w podróż do przeszłości Tajów, tak mocno opartej o religię buddyjską.

Drogą śmierci

Przejeżdżając przez jedną z czterech bram w murze miasta Sukhothai żegnamy się z tym miejscem. Od teraz w głowie dominuje myśl o wizycie w kolejnym kraju – Birmie, oraz ostatniej przeszkodzie na drodze do niej – bardzo wymagającego przejazdu przez północną część łańcucha górskiego Tenasserim. Spodziewając się trudów następnego dnia, aż tak bardzo nie narzekaliśmy na mocno pofałdowany i opustoszały teren, który przyszło nam pokonać w czterdziestostopniowym upale aż do miasta Tak. Na miejscu znaleźliśmy nocleg bliżej wylotówki i postanowiliśmy wcześniej pójść spać. Z samego rana można było zobaczyć dwie sylwetki rowerzystów nieśmiało zerkających na niespodziewanie wyrosłe z ziemi góry.

W zasadzie nie było tak źle. Niewielkie pochylenie terenu było odczuwalne, ale nie sprawiało znacznych trudności w pokonywaniu kolejnych kilometrów. Pozorna to radość, bo wysokość na którą musieliśmy się wdrapać nie zbliżała się zbyt szybko, co oznaczało jedno. Zaraz będzie super stromo. I było.

Za najbliższym zakrętem zobaczyliśmy w oddali małe ciężarówki pnące się pod górę w totalnie ślimaczym tempie. Jedna za drugą przypominały wyścigi gąsienic w slow-motion. Gdy i my dołączyliśmy do tej kompetycji, okazało się, że nie idzie nam najgorzej, bo tiry jadą tylko trochę szybciej od naszych 5km/h. Ale stromo było. Nie ma co. 10-15% nachylenia, to naprawdę limit dla sakwiarza. Generalnie jest do zrobienia, a siła w narodzie była. Pojawiły się jednak inne okoliczności, podkręcające poziom trudności. Szybko skończyło się pobocze, zostawiając nas na tym samym pasie co ciężarówki. Niestety, pojazdy osobowe i busy, jadące szybciej, slalomem omijały tiry, prawie wmontowując się w nas z rozpędu. Gdyby tego było mało, niełatwo o wysiłek przy 40 st. C, ciągle wyjących 500-konnych silnikach i dymiących prosto na nas rurach wydechowych tirów. Jakakolwiek racjonalność jazdy tą trasą przestała istnieć. W tym momencie zupełnie przestała nas dziwić jej lokalna nazwa – „droga śmierci”.

Okazja

Konieczny postój zarządzony został przez nas oboje na raz. Zatrzymaliśmy się na świeżo postawionym i jeszcze nie otwartym parkingu przy trasie. Gdy po paru chwilach udało się zebrać siły i oddech, postanowiliśmy spróbować szczęścia i złapać podwózkę. Było jeszcze przed południem, więc do końca dnia może ktoś się nad nami zlituje. Nie było szans, że sami się przedrzemy. Ten odcinek z Tak do Mae Sot był zaplanowany na dwa dni, ale w takim tempie może to potrwać dłużej, a co gorsza, czuliśmy się bardzo mało bezpiecznie. Nie minęła chwila, na parking zajechał autobus. Co ciekawe pusty. Wybiegł z niego w pośpiechu kierowca i pognał za potrzebą. Kurdę, może by jego spytać? O, wraca. Prze pana, nie weźmiesz pan dwóch rowerzystów? Yyy…no dobra, chodźcie. I tym sposobem dojechaliśmy prywatnym autobusem prawie pod samą granicę.

 

Zyskując jeden dzień ekstra, wykorzystujemy swój czas w Tajlandii do granic możliwości, zostając w Mae Sot na chwilkę dłużej. Na miejscu odwiedzamy organizacje wspierające uchodźców z Birmy, dające im pracę i szkolące w rzemiośle. Spotykamy także innego rowerzystę, Holendra, który dzieli się z nami doświadczeniem ze swojej cykloprzygody w Mjanmarze. Nie możemy się doczekać tego, co przed nami!

Dodaj komentarz