Wolnym krokiem w szybkim mieście

WOLNYM KROKIEM W SZYBKIM MIEŚCIE

18-25.03.2019, dzień 145.-152.

Houston, nie mamy problemu

Gdy po 10,5-godzinnym locie opuszczamy w końcu samolot, temperatura powietrza w rękawie informuje nas, że zdecydowanie nie jesteśmy już w Nowej Zelandii. Cieszymy się, że podróż minęła gładko, mimo początkowych komplikacji na lotnisku. W krótkich żołnierskich, pracownica linii nowozelandzkich nie była pewna, czy możemy w ogóle wsiąść do samolotu, bo nie posiadaliśmy biletu lotniczego do opuszczenia Singapuru. Tłumaczenia, że my przecież rowerem nie bardzo pomogły. Na szczęście, przełożona okazała się bardziej kompetentna. Z wyższym ciśnieniem tętniczym zdaliśmy kartony z rowerami i mocno już przebudzeni, przeszliśmy przez kontrolę.

Singapurskie lotnisko Changi imponuje. Przestrzenne hale, dużo zieleni, azjatycki dizajn i klimat, a poza tym darmowe wifi i bezpłatne prysznice . To tylko kilka cech tego ważnego portu przesiadkowego. My jednak swój wzrok i kroki skupiamy na napisie „Immigration”, gdzie udajemy się ściskając nerwowo wypełniony karty deklaracji. A co jeżeli kobieta na lotnisku w Auckland miała rację i nas nie wpuszczą? A może warto kupić tani bilet do losowego pobliskiego kraju i mieć alibi, że wcale nie chcemy żyć „na czarno”? No bo może ktoś nie zrozumie, że my nie z biedy, ale z wyboru na tych rowerach, i że my do Singapuru, żeby nie ominąć połowy Malezji, jak w przypadku lotu do Kuala Lumpur! Nie zdążyliśmy jednak niczego wskórać, bo pani o posępnej twarzy wezwała nas do swojego kontuaru. No dobra, niech się dzieje co chce. Ważne, że razem. Ostatecznie było tak – „Dzień dobry / poproszę paszport / przyłożyć kciuki / dziękuję, witamy w Singapurze”.

Rowery w stanie nienaruszonym odebraliśmy z pobliskiego okna bagażowego. Standardowo, zaczęliśmy rozglądać się za dobrym miejscem na montaż dzielnych rumaków, gdy wtem jeden z ochroniarzy podszedł do nas i oznajmił, że z lotniska rowerem wydostać się nie da. Ale jak to? A no tak-to, bo jedyne drogi prowadzące do Changi, to ekspresówki, a jazda bicyklem jest na nich zakazana. No to świetnie, myślimy. Facet podsuwa nam jedną z możliwości, którą jest wynajęcie taksówki bagażowej. Nie znajdując lepszego rozwiązania, decydujemy się na transfer. Szczególnie, że jesteśmy już bardzo zmęczeni, co utrudnia przytomną jazdę na drogach wielopasmowych, nasi gospodarze z Warmshowers mają przed domem miejsce na złożenie bicykli, a cena busa jest stała bez względu na destynację. No cóż, Singapurze, witaj. To było pierwsze ostrzeżenie, że nie jest to miasto/kraj przyjazny cyklistom. Kolejnymi był dziki ruch samochodów i „wolna amerykanka” na ulicach.

W Mieście Lwa mamy spędzić kilka dni. Tyle czasu powinno wystarczyć na rzucenie okiem na to wielokulturowe miasto, poczuć jego klimat, spróbować lokalnej kuchni i przyzwyczaić się do nowych warunków pogodowych. Niewiarygodne, że człowiek może pocić się nieprzerwanie przez całą dobę, nie kiwnąwszy nawet palcem. Wiemy jednak, że dyskomfort przejdzie, a my się przyzwyczaimy, bo ciało ludzkie jest niesamowitą konstrukcją, potrafiącą przystosować się do każdych warunków.

Uczta dla zmysłów

Jako, że należymy do turystów raczej „jedzących” niż „łażących”, zaczynamy zwiedzanie od kulinarnego punktu ciężkości Singapuru, tj. Chinatown, gdzie postanawiamy dostać się dogodną miejscową szybką kolejką, zwaną MRT. Ceny biletów zależą od destynacji, ale raczej nie przekraczają 2 SGD (ok. 6 PLN) za kurs. Spacerując wśród straganów z każdymi możliwymi bibelotami, od kubków z imieniem, po chińskie artefakty medycyny niekonwencjonalnej, dajemy się lekko ponieść krokom przyjezdnych, napędzanych okrzykami w dialekcie Hokkian. Gdy czujemy znużenie, skręcamy w wąskie uliczki, by przyjrzeć się muralom i pozbierać kilka zmęczonych spojrzeń mieszkańców. Przystajemy na chwilę, by zatopić się w rozgrywany na skwerze pojedynek w warcaby. Stąd niedaleko już do buddyjskiej Świątyni i Muzeum Zęba Buddy, niezwykle ważnego miejsca dla przeważających wyznawców buddyzmu. Przed wejściem czuć powietrze przesycone wonią kadzideł. Niezwykłe złote wnętrze robi na nas duże wrażenie. Nieopodal posilamy się w tzw. Hawker Center, czyli skupisku małych straganików z różnorodnymi daniami. Od popularnego chińskiego „chicken rice”, przez malezyjskie „nasi goreng”, a na hinduskim „roti” i „teh ais”, mrożonej herbacie z mleczkiem skondensowanym, skończywszy.

Parę przecznic dalej odkrywamy inny świat. Świat drapaczy chmur, kłębiących się ludzi w koszulach i garniturach, eleganckich samochodów przeplatanych taksówkami. Wykręcamy w podziwie szyje ku górze i dajemy się oszukać lustrzanym odbiciom w oknach wieżowców. Obserwujemy dużą różnorodność w twarzach przechodniów. Co prawda ponad 70% ludności posiada pochodzenie chińskie, ale europejczyków i hindusów także nie brakuje. Pieniądze łączą wszystkich.

Przestajemy zadzierać głowy dopiero docierając do mariny, nad którą majestatycznie góruje symbol tej okolicy – Marina Bay Sands, ekskluzywny hotel, składający się z trzech bloków połączonych u góry konstrukcją, przypominającą łódź, gdzie znajduje się największy na świecie basen typu „infinity pool” umieszczony na dachu. Ażeby uraczyć się kąpielą, należy uprzednio wykupić pokój w hotelu, którego cena zaczyna się od ponad 1000 PLN. Tym razem odpuszczamy, kierując kroki do ciekawszej (i darmowej) atrakcji. Pobliskie ogrody Gardens by the Bay przyciągają swoją unikatowością. 101 hektarów zieleni w centrum ogromnego miasta tutaj nie powinny dziwić, bo ok. 23% całego Singapuru jest pokryte zielenią. Spacerując w pobliżu szklanych kopuł, we wnętrzu których króluje gęsta zieleń i dzikie wodospady, czujemy szacunek do architektów i twórców owych konstrukcji. Najbardziej jednak imponuje symbol tego miejsca, czyli unikatowy gaj futurystycznych super-drzew, dumnie dominujących nad okolicą. W ciągu dnia „drzewa” przyciągają wzrok nietypową fakturą i rozmiarami. Jednak to wieczór jest najlepsza porą, by podziwiać te cybernetyczne twory, bo to właśnie wtedy setki wielokolorowych iluminacji powoli budzą je do życia, aby równo kwadrans przed 20:00 dać znakomity pokaz romansu światła i muzyki. Uczta dla zmysłów.

Miasto ogrodów

Zachęceni podejściem miasta-państwa do zieleni oraz przestrzeni publicznej, wsiadamy na rowery i udajemy się do jednego z obecnych tu 300 parków, a dokładniej – narodowego ogrodu botanicznego. Czujemy się tak dobrze, że spędzamy tu prawie 6 godzin. „Co można tyle czasu robić w takim miejscu??” zapytała nas gospodyni, Kiran. „Bardzo wiele!” odpowiadamy. Po pierwsze, spacer zacienionymi alejkami bardzo nam odpowiada w upalny dzień. Po drugie, wystawa orchidei to majstersztyk. Nigdy nie widzieliśmy tak wiele piękna w tak krótkim czasie. Po trzecie, napotkaliśmy dwa polskie akcenty. Najpierw na wystawie tzw. storczyków hybrydowych zobaczyliśmy na zdjęciu mocno zgrzanego Prezydenta Kwaśniewskiego, niepewnie odbierającego specjalnie dla niego stworzony gatunek kwiatu w ramach pamiątki z wizyty. Następnie na terenie ogrodów imbirowych podążaliśmy szlakiem Polish Art Trail, gdzie z okazji 100-lecia odzyskania przez nasz kraj niepodległości wystawiono prace rzeźbiarza, Jerzego Kędziory.

Natchnieni sztuką, dobrze odnajdujemy się w zjawiskowym Haw Par Villa, czyli bardzo osobliwym parku rozrywki z lat 30-tych minionego wieku. W skrócie, jest to swego rodzaju podróż przez chińskie legendy, wierzenia i mity. Ekspozycja na wolnym powietrzu ma charakter kolorowych rzeźb o różnych kształtach i rozmiarach, odgrywających przeróżne sceny rodzajowe, m.in. opowiadając historię Ośmiu Nieśmiertelnych czy przeprowadzając przez 18 poziomów chińskiego piekła Diyu, dość dobitnie ukazując kary czekające na niesubordynowane młodsze rodzeństwo, czy uczniów ściągających na egzaminach. Dobrze, że nie jesteśmy z Chin i to akurat piekło nas nie dotyczy.

Po, było nie było, wymownych obrazach, rozpoczynamy poszukiwanie spokoju i w okolicy Labrador Park kierujemy się na Southern Ridges, by po chwili znaleźć się wśród szczytów drzew na jednym z kilku popularnych w Singapurze TreeTopWalk, czyli spacerze po położonych nawet kilkanaście metrów nad ziemią pomostach. Jest zielono. W oddali słyszymy makaki, które znajdują schronienie w gęstwinie liści. Szlak prowadzi nas sam. Zza koron drzew wyłaniają się molochy – ogromne wieżowce, mające pomieścić jak najwięcej ludzi na jak najmniejszej powierzchni. Spacerując parkiem, nie czujemy jednak wszędobylskiego pośpiechu i pracoholizmu, waluty na wymianę za wynajęcie horrendalnie drogiego ciasnego pokoiku w jednym z tych wieżowców. Powoli zbliżamy się do Henderson Waves, falującego mostu, którym przechodzimy w stronę wzgórza Mount Faber. W okolicy szczytu, natrafiamy na dzwon „Bell of happpiness”, który został szczęśliwie przywieziony w latach 90-tych z Polski na pokładzie Daru Pomorza. Rozciągający się widok na pobliską wyspę Sentosa zachęca nas do jej odwiedzenia.

W nagrodę

Sentosa jest siedzibą wytwórni filmowej Universal, co oznajmia kilkumetrowe kręcące się logo na głównym placu wyspy. Samo miejsce nas szczególnie nie porywa, gdyż jest raczej skierowane do miłośników rozrywki. Można tu znaleźć kasyno, tor saneczkowy pojazdów typu „ludge”, tunel powietrzny i wiele innych atrakcji. Nad całość dominuje symbol kraju, Merlion, czyli pół-lew, pół-ryba, z którego wierzchołka można podziwiać skąpaną w słońcu wyspę. Choć, gdy my tam byliśmy, niebo akurat przykryły burzowe chmury. Singapur okazuje się być „piorunującą” stolicą, ze średnią liczbą 168 dni z błyskawicami w ciągu roku. Minimalizując ryzyko ugodzenia, decydujemy się kolejnego dnia ruszać na północ, gdzie czeka na nas następny kraj na liście – Malezja.

Przeprawa przez miasta idzie zasadniczo gładko, ponieważ odpuściliśmy jazdę drogami rowerowymi, które tu noszą nazwę Park Connectors. Odpuściliśmy, ponieważ w naszej opinii nie sprawdzają się. Jeżdżąc nimi przez parę poprzednich dni, stwierdzamy, że ich sieć jest nieprzemyślana i rozwleczona, co rusz napotykaliśmy remonty lub musieliśmy kombinować jak przedostać się na drugą stronę ruchliwej ulicy. Ostatecznie, uznaliśmy jazdę głównymi drogami za dużo przyjaźniejszą i szybszą. Może w przyszłości Park Connectors uda się usprawnić, tym samym zachęcając ludzi do jazdy do pracy rowerem.

Przy dłużej przesiadce na lotnisku Changi można wybrać się na darmowe zwiedzanie Miasta Lwa. My spędziwszy prawie tydzień w Singapurze nie zobaczyliśmy na pewno wszystkiego, co miasto posiada do zaoferowania. Mamy jednak przeczucie, że co nieco temat liznęliśmy. W cieniu błyszczących samochodów i nowoczesnych mieszkań zauważyliśmy szybkie tempo życia i wysoki poziom konsumpcjonizmu, podparte pracoholizmem i chronicznym zmęczeniem. Jedynie długie godziny za biurkiem gwarantują możliwość wynajęcia ciasnego pokoju gdzieś w dobrej okolicy. Wszechobecne nakazy życia rząd wykrzykuje z różnorakich plakatów, rozpylając w powietrzu aromat wychowującej dyktatury. A może to po prostu dobra wola opieki? Ale za to wszędzie jest bardzo czysto! Ot, taka nagroda dla obywateli za poczyniony trud. Ale! Nie nam jednak oceniać, bo przecież każdy kowalem losu swego.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Super ten Wasz blog! Świetnie się czyta 🙂
    Ad. Pracoholizmu, szybkiego tempa życia i pogoni do doskonałości… w singapurze średnia liczba godzin zajęć dodatkowych dla dzieci to 40!… tygodniowo. Najwięcej na świecie :/

    1. Dzięki wielkie, Michał! Cieszy, że znalazłeś coś dla siebie. Kurczę, rzeczywiście mało było widać dzieciaków na ulicach. Od małego rzeźbione w trybiki większej machiny…

Dodaj komentarz